środa, 16 stycznia 2013

Awantura o wrak Tupolewa.


W kraju trwa ożywiona dyskusja polityczna na temat zwrotu przez Rosjan wraku Tupolewa rozbitego w katastrofie Smoleńskiej w 2010 roku. Do dyskusji włączył się wczoraj premier Donald Tusk, który ostro zareagował na utrudnianie przez Rosję zwrotu wraku.

Problem jawi się szerzej niż jałowa dyskusja na ten temat. Mamy do czynienia z sytuacją, w który wróciła dawna Rosja, której nie chcielibyśmy znać. Po upadku Muru Berlińskiej świat uznał, że zagrożenie ze strony Rosji zostało niemal na zawsze zażegnane i nie ma powodu, aby ingerować w wewnętrzne sprawy tego kraju.
Wracając do polityki naszego kraju w latach 90 ubiegłego wieku wobec wschodnich sąsiadów zauważamy, że kolejne rządy i prezydenci unikali jakiegokolwiek wtrącania się w sprawy Rosji uznając, że w ten sposób ten kraj sam się ucywilizuje. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna i zamiast cywilizowanej Rosji mamy dzisiaj do czynienia z powrotem do dawnego imperializmu.

Polska przez władze Rosji postrzegana jest za państwo mało znaczące dla jej polityki, z którym nikt się nie musi liczyć. To wszystko skutek zaniedbań ze strony pierwszej klasy polityków III RP z Lechem Wałęsą i Tadeuszem Mazowieckim na czele, którzy uznawali, że w interesie Polski jest przyzwalanie na wszystko. Pamiętamy przecież stosunek naszych polityków do wojny w Czeczenii, która była początkiem kariery obecnego cara Rosji Władimira Putina.

Niestety, ale prawda jest taka, że żadnego dzikiego zwierza nie da się oswoić przyzwalając mu na wszystko, na co ma ochotę, bo inaczej się zdenerwuje i nas ugryzie. To nie ta metoda. W przypadku Rosji od samego początku, czyli ery Jelcyna należało twardo bronić wartości i swobód demokratycznych na wschodzie i ostro się przeciwstawiać ich łamaniom choćby w przypadku Białorusi. Błędy wtedy popełnione dziś i jutro będą się na nas mścić ze zdwojoną siłą.

Rządy Polski w latach 90 uznały, że nie będziemy się mieszać w sprawy wschodnie, ale czy tak naprawdę była jakaś sensowna alternatywa?.
Moim zdaniem tak.

Wydaje się logicznym fakt, że Polska powinna była bronić swego prawa do Kresów Wschodnich nie po to, aby dać upust swym mocarstwowym czy imperialnym ambicjom, ale by bronić demokracji tam, gdzie jest to możliwe. Kłopotliwe jest oczekiwanie, że jedynie nacjonaliści będą bronić prawa Polski do ziem zaanektowanych przez ZSRR, bo w interesie Europy, świata oraz obecnych mieszkańców tych ziem leży to, aby na tym terenie panowała demokracja i swobody demokratyczne, których władze Białorusi i Ukrainy nie chcą wobec nich respektować a tym bardziej polscy nacjonaliści. Bardziej sensowne wydaje się nie tyle obrona polskości tych ziem ile obrona wspomnianej demokracji i zapewnienie dawnym obywatelom Rzeczypospolitej godziwych warunków życia, do których prawdziwi patrioci powinni czuć się zobowiązani, bo na tym właśnie moim zdaniem polega współczesna forma patriotyzmu.

Gdyby kresy wróciły do RP to dzisiaj mieszkańcy Baranowicz cieszyliby się swobodami demokratycznymi, na które w pełni zasługują. Niestety nasi politycy uznali, że nie warto się mieszać, gdyż naruszyłoby to rzekomą równowagę sił. Nie potrafimy bronić swoich racji oraz nie wyciągamy wniosków z historii.

Józef Piłsudski pokazał, że dla Polski polityka wschodnia jest kluczowa z punktu bezpieczeństwa kraju i żywotności jego interesów. Nie można mieć wszystkiego i nie można też ucywilizować całego wschodu, więc trzeba zadowalać się, tym na, co nas stać. Bez wątpienia ponieśliśmy wielką porażkę w kwestii polityki wschodniej szczególnie Białorusi i Ukrainy. Demokracja w tych państwach przegrała a następne pokolenia polityków będą musiały radzić sobie z totalitaryzmem za naszą wschodnią granicą.

Wracając do Piłsudskiego on też popełnił wiele błędów szczególnie w stosunku do Górnego Śląska i prawa Polski do Bałtyku i Gdańska. Źle zrobił, że nie zdecydował się na zbrojną interwencję w obronie polskości Gdańska i odłączenia od Rzeszy Prus. Zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja Polski we wrześniu 1939 roku, gdyby Gdańska i Prusy były częścią Rzeczypospolitej. Wtenczas tłumaczono się zmęczeniem kraju wojną z Rosją, ale prawda jest też taka, że z perspektywy gospodarki Polska potrzebowała zarówno Gdańska, Prus jak i całego Górnego Śląska. Ewentualne straty zostałyby zrównoważone w następnych latach dzięki korzyściom płynącym z dostępu do morza poprzez Gdańsk i Królewiec oraz eksploatacji złóż węgla, cynku i ołowiu na Śląsku.
Niestety tak jak wtedy polityka kraju była krótkowzroczna tak też teraz mamy do czynienia z tym samym niemal problemem. Premier Tusk źle postąpił w sprawie obrony polskiego dostępu do Bałtyku, które przedstawia się poprzez zaniedbanie rozwoju portu w Świnoujściu, przyzwolenie na budowę gazociągu pod dnem morza, który ogranicza dostępność portu dla nowoczesnych statków oraz ostatecznie przerwanie programu budowy korwety Gawron.

Na tej podstawie można wnioskować, że rząd nie przejawia zainteresowania rozwojem kraju w oparciu o dostęp Polski do Bałtyku i rozwój naszych portów, które są naszym oknem na świat. Nie wróży to nic dobrego w kolejnych latach, gdy obecne błędy będą kosztować całą naszą gospodarkę.

Polska potrzebuje nowoczesnych portów morskich przystosowanych do ruchu obecnych i przyszłych typów statków, jeśli na poważnie myślimy o eksporcie, bez którego trudno sobie wyobrazić dalszy wzrost ekonomiczny.

Ostateczna konkluzja jest taka, że Polska wymaga zmian polegających na wymianie klasy polityków na takich, którzy z jednej strony będą dobrze przygotowani do pracy jak też będą dysponować wewnętrzną potrzebą służenia ojczyźnie ponad partykularne interesy partii i swoje własne.

Czy takich polityków doczekamy się w najbliższym czasie?.
Niech każdy sam sobie na to pytanie odpowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz